Teoretycznie właśnie przeżyłam pierwsze 4 dni na studiach. Alleluja! Dzwony biją! Szaleństw nie było, ale czego się spodziewać po pierwszych kilku dniach?
Jak się okazuje, studia nie są AŻ takie fajne. Początkowo. Ciężej jest mówić o "fajności" studiów, kiedy człowiek ledwo trzyma się na nogach, nie potrafi utrzymać równowagi i prawdopodobnie ma uszkodzony błędnik. Nie może być zbyt kolorowo, co my w podstawówce jesteśmy? To są studia! Co nas twój błędnik! (Tak nawiasem, to jeszcze nikt nie wie czy to błędnik, ponieważ laryngolog ma wolny termin dopiero za trzy miesiące, a do tego czasu mogę umrzeć, but who cares?!)
Ale wracając do tematu. STUDIA! FILMOZNAWSTWO! Jeśli ktoś kiedykolwiek powiedział, że na filmoznawstwie to tylko będziemy oglądać filmy i rozmawiać o mediach, to się grubo pomylił. Wiecie, że trzeba mówić? Referować? Więcej mówić? I czytać, czytać, czytać i mówić o tym co się przeczytało? Nie? A właśnie. Tak wygląda filmoznawstwo. Troszkę rozbudowana polonistyka. Fajosko!
Zaczęłam od poniedziałku.Wieczorem - spotkanie zapoznawcze. Szybko przyszło, szybko poszło, bo błędnik. Ale nikt się nie zainteresował, więc jak najszybciej opuściłyśmy nowe towarzystwo, żeby spokojnie wrócić do domu ostatnim poznańskim tramwajem. We wtorek trzeba było pójść na spotkanie wydziałowe. Półtora godziny siedzenia i słuchania o usosie, usosoie a potem było jeszcze więcej usosa, więc nowości żadnych. Super, dostaliśmy nasze własne osobiste legitymacje studenckie, więc trzeba było wykupić na nie bilet semestralny na pe ka esy i pe ka pe. Wszystko byłoby wspaniałe i niesamowite, gdyby nie a) kilometrowa kolejka przy punkcie doładowania i b) padający nieprzerwanie deszcz przez całe 1.5 godziny stania w kolejce. Tak jak wyszłyśmy z mieszkania po 9 rano, wróciłyśmy po dziewiętnastej wieczorem - zmęczone i przemoczone do suchej nitki.
W środę zaczął się studencki dramat. Od rana trzeba było zapisać się na wf. Wszystko fajnie, ładnie, gdyby nie to, że w mieszkaniu nie było internetu. A zapisać się trzeba było. Kombinacje. Kto ma internet? Kto cię przyjmie? Znalazłam Dobrą Duszę, poszłam i Dobra Dusza zapisała mnie na step! W poniedziałki o ósmej rano! DAMN. Okej, dobra. Przeżyję. Resztę dnia spędziłam na płaczu, zawodzeniu i umieraniu w łóżku. Bo błędnik (jeszcze niestwierdzony, ale objawy się zgadzają).
Czwartek! Pierwsze zajęcia! O matulko kochana! Idę na uczelnię! Mam wykłady! Ależ jestem podekscytowana!! Pierwsze zajęcia o 9:45. Półtora godziny. Tradycje kultury europejskiej. O czym rozmawiamy? O nagrodzie Nobla. Ogarniam? Nie. Totalnie. Jak wyłapałam jakiś znajomy element zaczęłam notować, ale w połowie i tak orientowałam się, że nie mam pojęcia o co w tym chodzi i się poddawałam. Normalne. Następnie czekała mnie ogromna przerwa - od 11 do 17. I poetyka. Poetyka, która okazała się taką sieką, że będziemy płakać często. Cztery książki do przeczytania, dwa teksty do opracowania. Za tydzień. Panie, zwariował pan?!
Także podsumowując, jak na razie nie jest kolorowo. Przynajmniej mamy sympatycznych znajomych. A jak rocznik przyjemny to i studia w miarę OK? Prawda?
Każdy kierunek studiów jest mniej więcej tak samo rozbudowany. Po prostu każdy w trochę inną stronę. :)
OdpowiedzUsuńPoczątki są najtrudniejsze, więc głowa do góry! Przyzwyczaisz się. Może i będzie ciężko ale przecież to jest to, co lubisz. Będzie tylko lepiej, a Poznań to świetne miasto!
OdpowiedzUsuń